Zanim Ziemia nauczyła się śpiewać przez wiatr,
zanim oceany wypowiedziały pierwsze modlitwy
pianą na skałach — z nieba spłynęło stu.
Nie byli ani bogami, ani ludźmi.
Byli świtami.
Jutrzenkami innych światów.
Cielesny personel Księcia —
sto płomieni z Jerusem,
miasta światła pośród mgławic Satanii.
Przybyli na młodą Urantię,
rozpaloną jeszcze od pierwotnych burz,
aby zapalić w niej iskrę porządku.
Ich ciała, utkane z ciszy materii
i szelestu ducha,
drżały w rytmie dwóch światów —
tego, co widzialne,
i tego, co niewidzialne.
Zamieszkali w kręgu światła,
gdzie ziemia była piękna,
a niebo schylało się nisko.
I wtedy,
gdy noc nad planetą trwała spokojnie,
dwoje z nich spojrzało sobie w oczy.
Połączyli się
nie ciałem,
lecz drżeniem światła.
Z ich harmonii narodziła się nowa istota.
Pośredni.
Nie człowiek.
Nie anioł.
Pomost.
Książę Caligastia uśmiechnął się.
— Jeszcze…
I tak, wraz z oddechem planety,
rodziły się kolejne istoty —
dzieci nie z krwi,
lecz z harmonii;
nie z ciała,
lecz z woli.
A gdy ich liczba się dopełniła,
źródło zamilkło.
Jakby sam Wszechświat zamknął
tajemny rozdział Księgi Czasu.
Rozproszyły się po Urantii.
Były oczami Księcia,
jego posłańcami,
echem jego myśli.
Dotykały dusz,
gdy ludzie śnili o gwiazdach.
Aż pewnego dnia
ciemność zaczęła szeptać do światła.
Bunt pękł jak czarna perła.
Cień rozlał się po świecie.
Wielu odeszło.
Lecz nieliczni pozostali wierni.
Pod przewodnictwem Vana
stali się niewidzialną siecią dobra
rozpiętą nad snem ludzkości.
Do dziś, tam gdzie pustynia drży od gorąca,
a wiatr szepcze w koronach drzew,
można wyczuć…
istoty światła,
które nigdy nie umarły,
lecz przeszły między gwiazdami,
na drugą stronę ciszy.
Obecność…